Skip to content

Tańcz!

Kiedyś WIll Smith powiedział, że są dwa klucze do życia – czytanie i bieganie. Czytanie, bo na pewno istnieje jakaś książka opisująca podobne problemy do naszych i na pewno gdzieś można znaleźć rozwiązanie. Bieganie, bo gdy przezwyciężymy niemoc biegania, to nauczymy się determinacji, czyli jednej z najważniejszych umiejętności w życiu.
Ja mam inne zdanie. Kluczem do życia jest… taniec!

Aha, zanim zaczniemy, możecie odpalić sobie klip z końca wpisu. Zauważyłem, że przyjemniej się wtedy czyta 🙂

Pamiętam gdy po raz pierwszy obejrzałem „Deszczową piosenkę” i pochłonięty światem złotej ery kina poczułem się zahipnotyzowany tańcem Gene’a Kelly’ego. Nie pojmowałem jak można cieszyć się deszczem i plaskać w wodzie niszcząc przy tym całe ubranie. A ten facet to robił i dodatkowo, robił to nieziemsko! Na tyle dobrze, że samemu zachciałem tego co miał on.
W 2010 roku gdy ze znajomymi wracaliśmy z Jastrzębiej Góry do Władysławowa padało jak w porze deszczowej w tropikach. Z początku chowaliśmy się od jednego zadaszenia, do drugiego, ale w pewnym momencie nadszedł czas by powiedzieć sobie „walić to” i przebyć pozostałą część trasy niczym Gene Kelly.
Jest to jedno z moich milszych wspomnień w życiu i pomimo, że było „szaro” od deszczu, to w moim umyśle obrazy tamtego dnia prezentują się z każdym rokiem bardziej kolorowo 🙂

Innym razem, przeglądając na luzie Joemonstera, natrafiłem na filmik przedstawiający parę tancerzy, chyba na jakimś konkursie. Pokazywali taniec, którego wcześniej nie znałem, a nazywał się bachata. I był to chyba najpiękniejszy taniec jaki widziałem. Oboje wili się do rytmu i chociaż całość wręcz ociekała emocjami i napięciem erotycznym, to daleka była od niesmacznego useksualnienia kojarzonego często z tańcem tak intymnym jak właśnie bachata.
Wręcz przeciwnie. Całość wyglądała przepięknie. Publiczność była zachwycona tańcem. Zachwycony byłem też i ja. I chociaż nigdy nie chodziłem na żadne kursy tańca, to mając w głowie tamto wykonanie i wczuwając się w emocjonalność bijącą z tamtego klipu, mogę stwierdzić, że tańczę całkiem nieźle. Również, gdy nie ma faktycznego tańca, if you know what I mean 😉

W końcu, całkiem niedawno, przed jednym ze szkoleń, które miałem przyjemność prowadzić, pozwoliłem sobie na inspekcję sali. W zasadzie zawsze tak robię, ale tym razem nie chodziło tylko o sprawdzenie gdzie stoi flipczart i po której stronie mam stolik z wodą. Tym razem potrzebowałem wprowadzić się w odpowiedni trans przed ruszeniem tematu, który był bardzo ważny i wymagał sporej charyzmy. Wyciągnąłem telefon i puściłem nagranie utworu Coplanda „Fanfare for common man”. Już pierwsze dźwięki trąbki i kotłów uruchomiły odpowiedź ciała. Wyprostowana postawa, wzrok ponad linię horyzontu, głęboki oddech i lekki, niewyczuwalny uśmiech powodowany dumą z tego kim się jest i co się robi. Rezonowałem z dźwiękami utworu, a energia powstała z tego rezonansu zasiliła całe szkolenie.

Widzicie, to co chcę powiedzieć przez te trzy historie to to, że w życiu, by w pełni je przeżywać i się z niego cieszyć, ważny jest taniec. Odpowiednie wyczucie rytmu i podążanie za nim całym ciałem. I nie mówię tutaj tylko o faktycznym rytmie do faktycznej muzyki, ale raczej o metaforycznym rytmie życia.
Bo gdy Wasze ciała poruszają się w rytm Waszego życia i sytuacji, w których jesteście, i gdy czujecie całym sobą wszystkie impulsy i wibrata dźwięków rzeczywistości, to okazuje się, że łapiecie życie pełniej i wypełniacie „każdą chwilę życiem, jakby była wiekiem”.

Ot, wyszedł mi taki trochę zawiły i nieoczywisty wpis. Może też mało konkretny, więc jeśli chcecie, to poszukajcie sobie Elliota Hulse’a, bo to youtuber, który opowiadał swego czasu więcej na ten temat. A tym czasem…

Tańczcie!

 

Published inBlog
  • Magda Lena Kortas

    bailandoooo. Przemyślenia po LTC? 🙂

  • dorota p

    Dopiero teraz trafilam na artykul, a tu takkie przemyslenia zawarte! Deszczowa piosenka nad morzem zostala i w mojej pamieci, w końcu klapki mi sie przez ten deszcz rozpadly:)