Skip to content

Supertheory of supereverything

W poprzednim wpisie pisałem o wyuczonej niemocy, którą często wpaja nam świat i o tym, żeby się temu sprzeciwiać. Dzisiaj lekka kontynuacja o tym, że nawet jeśli zawsze możesz coś zrobić, to nigdy nie możesz zrobić wszystkiego. W książce Henry’ego Todda „Kreatywność na zawołanie” jest bardzo interesujący fragment dotyczący hodowania winorośli, który chcę Wam przytoczyć. Skupcie się 🙂

W dobrej winnicy hodowca winorośli nieustannie przycina gałązki krzewów, ale bynajmniej nie dlatego, że obcięte gałązki były suche czy chore. Pozbywa się raczej młodych i nieowocujących pędów, aby te starsze i dorodne w owoce części krzewu dostały potrzebne składniki odżywcze. Gdyby nikt nie zahamował ich wzrostu, winorośl miałaby mniej owoców, a w końcu zupełnie przestałaby je rodzić.

Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale powyższa historyjka, mimo że trochę nawet jakby biblijna, doskonale oddaje największy problem związany z produktywnością i proaktywnością.
Za dużo rzeczy na raz, nigdy nie jest dobre.

Pomyślcie z własnego doświadczenia, na pewno mieliście kiedyś tak, że dostaliście olbrzymią dawkę energii i byliście w pięćdziesięciu miejscach na raz. Nie tylko pisaliście raporty do pracy, ale też czatowaliście na fejsbuku, mieszaliście kawę, czytaliście interesujący artykuł, w tle leciał audiobook, a dodatkowo wymienialiście jeszcze zdanie ze współpracownikami. Tymczasem w głowie i kalendarzu zapisane mieliście jeszcze trzy spotkania, odwiedziny u kumpla i wizytę na wydarzeniu branżowym.
I być może wszystko się Wam udawało!

Pamiętam, że ja tak kiedyś miałem. Mniej więcej co 2-3 tygodnie wchodziła we mnie fala proaktywności i nie było takiego problemu, którego nie mogłem rozwiązać. Czepiałem się więc wszystkiego, a moja to-do lista wydłużała się i wydłużała. Mało tego, pojawiające się zadania nie były nużące i bez sensu. Nie. Kolejne elementy na liście rzeczy do zrobienia były coraz nowszymi, bardziej ambitnymi i porywającymi projektami, w które naprawdę chciałem się włączyć.

Dzisiaj wiem, że takie podejście to błąd.
Robiąc wszystko, najpewniej uda się utrzymać stan flow na bardzo krótko, a potem Wasz organizm weźmie sobie wolne i wyłączy Waszą zdolność produktywną. Nie osiągnięcie tego, co sobie zaplanowaliście, bo zwyczajnie nie będziecie dawać rady. Najpierw zmniejszy się Wasza skuteczność, a potem jakość wykonywanych działań. W końcu, może nawet zaniechacie jakiegokolwiek działania, a w dłuższym czasie możecie się nawet wypalić zawodowo. A wystarczyłoby zdać sobie sprawę z jednej rzeczy.

Nie możesz zrobić wszystkiego.

Tak jak ten hodowca winorośli, tak i każdy z nas musi czasem podcinać nowe gałązki i rezygnować z podejmowania kolejnych działań i projektów tylko po to, by to czym się zajmujemy w danym momencie dobrze działało. Bo przycinając gałązkę, oddajemy swoją energię na mniej rzeczy i elementów, przez co możemy w nich zrobić więcej i lepiej. Lepiej działać.
Żeby nasze działania dawały owoce.

Pytaniem, które pozostaje jest to, które z naszych projektów to gałązki do odcięcia? Spróbujemy sobie na to pytanie odpowiedzieć w kolejnych wpisach.

Aha, jeszcze jedno. Książkę Todda Henry’ego „Kreatywność na zawołanie” polecam gorąco wszystkim, którzy w swojej pracy muszą być kreatywni na co dzień, często w najmniej oczekiwanych sytuacjach. W następnym wpisie zajmiemy się jej recenzją (o ile skończę ją czytać :P), więc będziecie mieli większy ogląd na tę pozycję.

Pozdrawiam.

 

Published inBlog