Skip to content

Idiotoodporny!

Podobno na powitanie warto opowiedzieć jakiś dowcip, żeby przełamać lody. Ja opowiem trzy anegdotki. Parafrazując znane powiedzenie można stwierdzić, że gdy wszyscy mówili że czegoś nie da się zepsuć, to przyszedł taki Grzesiek, co o tym nie wiedział i to zepsuł.

Idiotproof, to określenie stosowane przy opisywaniu sprzętu technicznego, albo oprogramowania wszelkiego rodzaju. Chodzi w nim o to, że gdy coś jest idiotoodporne to nawet największy debil nie jest w stanie tego zepsuć, gdyż jest to niemożliwe do zniszczenia. Cóż, z założenia nie akceptuję słowa „niemożliwe””, a ostatnie zdarzenia tylko mnie utwierdziły w słuszności moich poglądów.

Otóż, ten ów nowy blog, który teraz przeglądacie i podziwiacie jego piękną szatę graficzną doczekał się w końcu solidnego adresu, czyli normalnie i przyzwoicie wyglądającego grzegorzolifirowicz.pl. Rozpoczęcie jednak nowej działalności nie było takim hop-siup. Owszem, pierwsze kroki były łatwe, ale w momencie gdy za pomocą panelu home.pl zainstalowałem WordPressa, powziąłem konfigurować to i owo, bo nie mogłem ustawić domeny jako adresu bloga. Coś kliknąłem, coś zmieniłem i PUFF! Wszystko zniknęło! I nagle zamiast jakiegokolwiek panelu dostępu miałem wszędzie błąd 404. Załamałem się wtedy trochę, bo zdałem sobie sprawę, że coś chyba zepsułem. Jednocześnie, bawiło mnie to, że programiści nie przewidzieli mnie brojącego przed kompem.

No nic, dzwonimy do kumpla:

– Siema Kamil, mam sprawę.

– No siema, co tam?

– Słuchaj, bo… (tada tada tada ta)…

– No dobra, jutro zobaczę co da się zrobić.

– Dzięki. Masz u mnie flaszkę.

W końcu Kamil naprawił co trzeba (dzięki Ci dobry człowieku!), ale sam chyba nie był do końca pewien co zrobiłem i jak zepsułem to wszystko.

Druga sytuacja z ostatnich dni, gdy udało mi się zniszczyć system, związana jest z czekającymi mnie praktykami (ostatnimi już) w liceum. W dziekanacie dowiedziałem się, że my – praktykanci – mamy się kontaktować ze szkołą dopiero w dniu rozpoczęcia praktyk. No dobra, tylko że to trochę bez sensu czekać tak długo. Może odezwałbym się do mojej opiekunki ze szkoły mailowo i chociaż coś zagadał, tak o. No dobra, to pierwsze co powinienem zrobić, to wyszukać w systemie praktyk jej maila. Okej.

Rejestruję się. Loguję. Zapisuję na odpowiednie praktyki. Szukam listy opiekunów. Nie ma (oczywiście). Widzę tylko nazwiska z uczelni, a nie z liceów. Ściągam jakieś pliki excelowe. Nic. Null. Zero wyników. W końcu pomyślałem, że muszę pogrzebać głębiej w tym całym systemie. Zapisałem się na jakieś forum. Nic. Potem na jakąś listę. O, to chyba to. Zaraz, zaraz… Co jest?

Zobaczyłem siebie na liście osób z dostępem do… no w zasadzie nie wiem nawet jak to nazwać, do jakiejś bazy danych. Wszystko wporzo, tylko że lista wyglądała tak: mgr, mgr, mgr, dr, dr, dr, mgr… i gdzieś tam w środku ja. No tak, zalogowałem się jako pracownik uniwerku. Pięknie Grześku. Dobrze, że przynajmniej znalazłem w końcu to, co chciałem.

Wreszcie, coś z ostatniego wieczora. Kasownik. Czy można zepsuć kasownik? Taki w autobusie, taki prosty jak cep (elektroniczny cep, bo z fajowskim wyświetlaczem) pierdzielnik do kasowania świstków papieru? Można!

Otóż wkładając mój, warty 2,80zł, przetworzony i pewnie uzyskany z recyklingu bilet do rzeczonego kasownika środkowego w autobusie linii 32 poczułem jakiś niespodziewany i nieprzyjemny opór. Niewiele się nad tym zastanawiając wpycham papierek w tę szczelinę, czekając na charakterystyczne KRZRZZRRZ, oznaczające przedziurawienie papierka i nadruk daty i godziny. Ale, kurcze jakoś kasownik swojego dźwięku nie wydaje, więc może powinienem coś poruszać na boki, albo jakoś pod innym kątem, albo coś? No tak przynajmniej podpowiadał mi mój instynkt samca walczącego z przeciwnościami losu – jak coś nie wchodzi, to trzeba poruszać, znaleźć inny kąt, no coś popróbować, żeby weszło… KRZRZZRRZ! O, jest! Skasowane! Wyjmuję, a tu nagle… psikus! Bilet jest do połowy obgryziony przez żadną celulozy maszynę. No tak. Bo jakże inaczej, prawda?

Prawo Murphy’ego mówi, że jeśli coś może się zepsuć, to na pewno się zepsuje. Innymi słowy nic nie jest idiotoodporne, a ja jestem technicznym idiotycznym psujem (powinni mi za to płacić…hmm, może powinienem pracować jako tester?). Los chciał, że w krótkim czasie spotkały mnie te trzy zabawne historyjki, które jednak zakończyły się dobrze. Na połowie biletu dojechałem bez problemów, z listy pracowników szybko zniknąłem (chyba), a oficjalne grzegorzolifirowicz.pl już działa i mam nadzieję, że będzie działać długo.

Dlatego teraz już otwarcie witam Was na mojej stronie 🙂 Dawny blog Lifeology odstawiamy na półki historii. Nie będę już na nim nic pisał, chociaż zostawię na internetach. Może się komuś na coś przyda. Teraz jednak zaczynamy z tą formą oficjalnej wizytówki. O czym będzie? Trochę o rozwoju, trochę o poznaniu, ciut o edukacji i troszeczkę o mnie. Jakby powiedział Peter Quill: „Bit of both!”

Zapraszam 🙂

Published inBlog